14.7.13

Off topic. Ćwiczenia lekkiego brzusia.

Jako, że lekki brzusio to nie tylko jedzenie, ale również ruch postanowiłam wprowadzić nową serię wpisów - poświęconą ruchowi. Nie martwcie się jednak - wpisy nie będą pojawiały się zbyt często, nie zdominują kulinarnej części bloga. Na początek post - "jak się zaczęło".

Z wiekiem dojrzewałam do coraz lepszej diety, do coraz większych motywacji, w końcu  do coraz  zdrowszej codzienności. Najpierw odchudzałam ciało dietami - udało się. Długo byłam szczęśliwa i zadowolona - wtedy moją motywacją były 50 urodziny taty i wielka feta z tej okazji. Jak schudnięcie to i zmiana koloru włosów, obcięcie, nowe ciuchy - cel został osiągnięty do tego stopnia, że ludzie nie odpowiadali mi "dzień dobry" na ulicy, bo mnie nie poznawali. 



Po tym czasie wagowo było dobrze, wahania minimalne, raz w górę, raz w dół. Wtedy zaczęłam zauważać galaretowate nogi, cellulit, boczki. To chyba wynika z faktu dążenia do ideału, odhaczania po kolei spełnionych celów. Gdy jesteśmy grube, nie widzimy tego, że mamy za duży nos, bo nadwaga jest większym problemem, ale kiedy schudniemy nagle ten nos staje się zauważalny i znów trzeba robić wszystko, żeby go jakoś naprawić, bo to największa przeszkoda do bycia lepszą. To jak z piramidą potrzeb Maslowa - dopiero po zaspokojeniu tych najniższych, pojawiają się te wyższego rzędu.  

W każdym razie, mniej więcej w tym czasie przeprowadziłam się do innej części miasta, co dawało mi możliwość chodzenia do pracy pieszo. Przez 6 miesięcy, bo tyle tam mieszkałam pokonywałam 5 razy w tygodniu dystans ponad 6 km w jedną stronę, to nauczyło mnie szybkiego chodu i z trudem znoszę wolniutkie spacery :)
Wtedy też trafiłam na bardzo motywujący profil Ewy Chodakowskiej na facebooku, te galerie, przemiany... zacząć było ciężko, ale się zawzięłam, chociaż na krótko, zbyt krótko ;) Dziś uważam, że zaczęłam zbyt ciężkim treningiem - wybrałam Killera. Zrobiłam parę treningów i już efekty zaczynały być widoczne, ale później robiłam 2 dni przerwy między treningami, 3, 5 i w końcu się skończyło. Chyba też wtedy zaczęłam biegać, jednak po paru tygodniach i to się skończyło, pogoda nie pozwalała już wyjść w krótkich spodenkach i wiadomo - wszystko wkoło chciało, żebym nie biegała. 

Początek 2013 roku zaczęliśmy kolejną przeprowadzką - do pracy już jeździłam tramwajem, remonty, ciągle zakupy, pilnowanie terminów i załatwianie setek spraw. Na jedzenie nie było czasu (ani możliwości go przygotowania), a co dopiero na ruch, czy ćwiczenia. W końcu z początkiem maja zostałam bez pracy - zresztą w tej niekomfortowej sytuacji tkwię nadal - i wtedy to postanowiłam naprawić swoje ciało. Nie zmierzyłam się dokładnie, nie zważyłam bo wagi nie miałam i nie mam - szczerze mówiąc nie zrobiłam tego, bo sama w siebie do końca nie wierzyłam. 

Ćwiczyłam praktycznie każdego dnia, chyba, że trafił się wyjazd w weekend, czy jakieś wyjście. Swoją przygodę zaczęłam z Mel B i jej ćwiczeniami na pośladki - zawsze miałam płaski tyłek i chciałam to zmienić - oraz z Tiffany - ćwiczenia na boczki, bo ktoś polecał na jakimś fanpage. TUTAJ możecie zobaczyć, że ćwiczenie wydaje się proste; mnie po dwóch minutach zaczęło świszczeć w płucach i myślałam, że przerwę w połowie. Z czasem było coraz lepiej i dokładałam sobie kolejne 10 minutowe zestawy, więc trening miał 40-50 minut + 100/150 przysiadów dziennie. Może 10 razy byłam potruchtać, po jakieś 2,5 km. Tak było przez pierwsze 30 dni.
W kolejnym miesiącu wróciłam do Ewy, tym razem Skalpel - rewelacja! spokojne tempo, ćwiczenia bez zadyszki, oczywiście były dni i ćwiczenia, które mnie męczyły, ale nie doprowadzały do płaczu. W tym czasie nadal robiłam przysiady, czasami Tiffany, Mel B pośladki, Mel B plecy i swoje ćwiczenia na plecy i ręce z małymi hantelkami. 
Następne 30 dni zaczęłam leniwo i słabo - często kończyło się na przysiadach i dwóch treningach z Mel B - plecy i pośladki. Później zaczęłam treningi z płytą Total Fitness z nowego Shape'a. Chciałam nadal ćwiczyć plecy, ale po tym tempie jakie jest na płycie z trudem udaje mi się jeszcze zrobi 100 przysiadów, reszta ćwiczeń odpada. Nie mam na to sił, po prostu.  



Podsumowując i przechodząc już całkowicie do teraźniejszości - staram się ćwiczyć codziennie, minimum 5 razy w tygodniu. Dlaczego ? bo chcę wypracowywać w sobie pewien nawyk, systematyczność. Kiedy robię dzień przerwy jest ok, ale kiedy mam już 2 dni przerwy z rzędu - trudno mi trzeciego dnia bez oporów rozłożyć matę i ćwiczyć. Niekoniecznie każdego dnia są to intensywne ćwiczenia, czasami tylko przysiady i jeden 10-minutowy zestaw, tylko po to, żeby nie wypaść z rytmu. 
Nie jestem na żadnej, konkretnej diecie. Jadam to co pokazuję na blogu, ale słucham swego ciała, jeżeli 'mówi', że ma ochotę na prince-polo to dostaje to ;) Popadanie w paranoje, czy wyrzuty sumienia z powodu zjedzenia czegoś co ma więcej cukru, czy tłuszczu niż powinno -dawno mam za sobą. 
Nie zależy mi już na spektakularnych efektach, chcę po prostu ujędrnić swoje ciało, wysmuklić i poprawić kondycję, nabrać siły.  Na początku oczywiście, myślałam, że za miesiąc będę boginią krakowskiej plaży, ale nic nie przychodzi łatwo i szybko.  
Wszystkim, którzy chcą zacząć się ruszać polecam rozpocząć od czegoś naprawdę leciutkiego, z czasem zwiększając intensywność. Wiem, że gdyby nie wcześniejsze 2 miesiące ćwiczeń - nie byłabym w stanie wykonać ćwiczeń z płyty, z którą teraz ćwiczę, albo szybko bym się zniechęciła, jak w przypadku podejścia do Killera. 




10 komentarzy:

  1. A ja dziekuję za ten wpis, i poproszę częściej ;) sama ćwiczę od ok 1 mies, codziennie, z 1-2 dniami przerwy w tyg. Oprócz ostatnich kilku dni, gdy totalnie olałam wszystko. A Ty mnie właśnie zmotywowałaś :) pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Gratuluję osiągnięcia - zmiana musiała być na prawdę duża, skoro ludzie cię nie poznawali. Oby tak dalej ! Podziwiam !

    OdpowiedzUsuń
  3. wow.. ciężko-ale liczy się motywacja:D
    Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  4. Podobnie jak u Ciebie, i mnie jest tak, że jak nie ćwiczę przez dwa dni pod rząd to później cieżko jest mi zacząć trening, ale jak się przełamie to jest OK :)
    Gratuluję sukcesów :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Gratuluję silnej woli :) Wiadomo, że na raz i od razu się nie da. Zawsze będą jakiś górki i dołki, ważne żeby iść do przodu. Ja sama regularnie ćwiczę i biegam od lutego tego roku, więc bardzo chętnie poczytam wpisy 'offtopowe" ;)
    Podoba mi się także Twoje podejście do tego co jesz. Paranoja nie jest zdrowa w żadnym przypadku. Ja sama staram się zachować zasadę 80/20.
    Życzę dużo motywacji i czerpania radości ze zdrowego trybu życia. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Zazdroszczę możliwości ćwiczenia 5 razy w tygodniu. Ja jestem szczęśliwa, jeżeli znajdę 3 godziny tygodniowo na aktywność fizyczną. :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Przeczytałam cały post, jestem pod wrażeniem, oby tak dalej!

    OdpowiedzUsuń
  8. lubię Ciebie czytać, jeśli chodzi o ćwiczenia możesz pisać dla mnie non stop. Też wracam do formy po porodzie i różnie to bywa z tą motywacją domową. W moim przypadku należy ruszyć dupę i pójść na zajęcia do tzw klubu...inaczej się nie da. Przed porodem ćwiczyłam bardzo intensywnie 2-3 razy w tygodniu, w ciągu pół roku schudłam 11 kg. Jaka byłam szczęśliwa!! Teraz wracam do tego wszystkiego, w zasadzie od nowego tygodnia, nie ma innej opcji. Niby po porodzie nie wyglądam źle, ale troszkę bębenka zostało i muszę go zniwelować, choćby nie wiem co!!!
    Noo. To pisz co tam u Ciebie z fikołkami, bardzo chętnie przeczytam.

    OdpowiedzUsuń
  9. Myślę, że to nie offtop na Twoim blogu. Mogłoby być więcej takich wpisów. Ja straciłam zawzięcie od kiedy mam psa. Najpierw przegryzł transformator w rowerze, potem pedały, a przy ćwiczeniach, gdzie wywijałam ciałem, oczywiście nie pozwalał mi. I tak zgnuśniałam, wracając raz po raz do moich ulubionych brzuszków i ćwiczeń na pośladki (te od wielkiego dzwonu). No i się zaniedbałam nieco, bo jednak trzeba ćwiczyć regularnie. :) Pies nadal przeszkadza, ale jest starszy, więc przemawiam mu do rozsądku i jakoś daje radę. Plus spacery z nim oczywiście (kt na początku myślałam, że zastąpią ćwiczenia - nie, nie i jeszcze raz nie. Z ćwiczeń nie można rezygnować, bo to zupełnie inna aktywność fizyczna, wzmacnianie mięśni). Spacerek jest kondycyjny. :) Dalej życzę wytrwałości! :) Stara kumpela z "podwórka". ;)

    OdpowiedzUsuń

Będę wdzięczna wszystkim anonimowo komentującym za podanie imienia, albo chociaż pseudonimu. Dziękuję.

Top Blogi
TOP