1.4.17

Lekki kokosowy deser w szklance

Mamy tak piękną, letnią wręcz pogodę, że najlepszym pomysłem na spędzanie popołudnia to jakiś leżaczek na balkonie albo tarasie, ławka w słońcu, zimna lemoniada i wystawić pysk do słońca. Może nie tyle pysk, co nogi, nogi przede wszystkim. Tak białe, że żaden młynarz by się nie powstydził. No i jeszcze brzuch, też bialusieńki. A jak człowiek taki blady, nieopalony to od razu wygląda na grubszego, cellulit bardziej się rzuca w oczy i w ogóle -10 z atrakcyjności. 
Solarium - odpada. W Niemczech to działa zupełnie inaczej. Tutaj sztuczne opalanie trwa 10,20,30...aż chyba do 50 minut, z tym, że wybieramy moc opalania. Próbowałam i na lekkim 12 minut i na średnim 15 minut i prawie żadnej opalenizny, lekkie, prawie niezauważalne muśnięcie. W Polsce poszłam raz na siedem minut i już miałam piękną, lekko piekącą nawet opaleniznę :) Więc to nie na moją cierpliwość. Opalanie natryskowe - też próbowałam. Łoo! to dopiero jest hardcore. Wybrałam niestety jeden z najgorszych czasów - wielki upał. Pani po skończeniu roboty zaproponowała, żebym lepiej nie ubierała biustonosza, żeby się nie odbiło. Stwierdziłąm, że ok, muszę wracać do domu tramwajem, ale mam dużą torebkę to jakoś się zasłonię (mam spory biust, w zwykłej luźnej bluzce rzucało się w oczy, że zostawiony jest tam sam sobie). Torebka była jasna, przytuliłam ją mocno do ciała i trzymałam ręką, starając się żeby wyglądało to naturalnie...w efekcie na torebce zostało mi sporo opalenizny, a na ręce miałam białą plamę. Po drodze jeszcze zostawiłam plamy na siedzeniu w tramwaju, bo na siedząco łatwiej było zakryć falujące pod bluzką piersi, niż tak na stojąco. 
Co prawda później wystarczyło wpaść pod prysznic i natłuścić dokładnie skórę i koloryt się mniej więcej wyrównywał. Ale to wszystko nie było warte ceny, a do tego opalenizna trzymała się tylko kilka dni. 
Brązer - bez uprzedniej wprawy trzeba zaangażować męża, a on nie zawsze chętny do takiej pomocy. A i mało wydajne te brązery w sprayu. Ale chyba to będzie moja jedyna słuszna opcja. Z żalem w głosie, ze łzami w oczach: nie mam balkonu, ani kszty tarasu. A pokazywać to blade ciało tak przy innych to wstyd. Więc tak, z jednej strony to lato wspaniałe i ciepłe że chciałoby się bardziej ciało odsłonić, a z drugiej zima zdjęła z tego ciała cały pigment tak ciężko wytwarzany przez okres wiosenno-letni zeszłego sezonu. 


Lekki kokosowy deser w szklance

Składniki (3 porcje):

warstwa ciemna:

  • 60 g mąki orkiszowej
  • 1 łyżeczka kakao
  • 20 g zimnego masła
  • 20 g brązowegocukru
  • 1 łyżka śmietany
  • *warstwę ciemną można zastąpić pokruszonymi czekoladowymi herbatnikami
warstwa biała:
  • 4 łyżki naturalnego serka homo
  • 4 łyżki śmietanki kokosowej - stała część z mleka kokosowego
  • 2 łyżki miodu
warstwa czerwona:
  • 100 g truskawek +1-2 łyżka cukru
Przygotowanie:
  1. Ze składników na ciemną warstwę zarobić ciasto. Rozwałkować i ułożyć na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Piec w temperaturze 180* około 20-25 minut. Dokładnie ostudzić.
  2. Zmiksować ze sobą składniki na warstwę białą, a truskawki z cukrem zblendować w osobnej miseczce.
  3. Do szklanek pokruszyć czekoladowe, ostudzone ciasto (lub kupione, czekoladowe herbatniki lub ciasteczka), nałożyć białą masę, a na górę wylać zblendowane truskawki. 
  4. Podawać od razu lub schłodzone


4 komentarze:

  1. Smacznie się prezentuję! :)

    OdpowiedzUsuń
  2. ale pyszności :) uwielbiam takie domowe słodkości :)

    OdpowiedzUsuń
  3. u mnie jeszcze wiosny nie ma a tu już o lecie mowa:)
    jeszcze opalenizną się nie przejmuję, możesz mi pozazdrościć bo ja nawet wiatrem się opalam- za to ja pozazdroszczę musu zakrywania falujących piersi- ja nie muszę bo mi za wiele nie faluje hehe:)
    z deserku na chwilę obecną najchętniej biorę truskawki- ale tylko te mrożone, a świeże czekam przynajmniej do czerwca:)

    OdpowiedzUsuń
  4. wyśmienicie to wygląda, ciekaw jestem smaku :P

    OdpowiedzUsuń

Będę wdzięczna wszystkim anonimowo komentującym za podanie imienia, albo chociaż pseudonimu. Dziękuję.

Top Blogi
TOP