Najnowsze wpisy

23.4.19

Oczyszczający koktajl jaglany

Po świątecznym poluzowaniu pasa nagle wszyscy szturmem wracają do diety. Jedni bardziej drastycznie, już od dzisiaj, mimo, że lodówka jeszcze wypełniona świątecznymi pysznościami, inni dopiero po zjedzeniu tych zapasów (osobiście wybieram zawsze opcję numer dwa. Przedłużam sobie w ten sposób przyjemności, a po drugie nie marnuję jedzenia). Tym razem jednak nie mam żadnych świątecznych zapasów, szczerze mówiąc podeszliśmy do świąt tak, że jedyną kuchenną ich oznaką był żurek i sernik, ale sernik zaczęliśmy jeść już w piątek, więc chyba nie mogę nazwać go świątecznym. Ale ja nagrzeszyłam przed świętami, bo opętały mnie jakieś czekoladowe moce, które kazały mi te czekolady najpierw kupować a później zjadać i to całe!! Najgorsze w tej historii jest to, że za niecałe już dwa tygodnie jadę na wakacje, więc mam ostatni dzwonek, a w zasadzie już prawdziwy deadline na lekką poprawę swojej sylwetki. Nie wiem czy cuda się zdarzają, ale zaryzykować nie zaszkodzi. 
A wszystkim którzy czują się po świętach jak małe kuleczki, polecam na pierwsze i drugie śniadanie jaglany koktajl. Bo nie wiem czy wiecie, ale kasza jaglana ma właściwości oczyszczające i odtruwjące organizm z toksyn. Po konkretnym ucztowaniu będzie dobrym wstępem do powrotu do lżejszej diety.

19.4.19

Buraczane brownie bez glutenu, cukru i jajek

Do grona warzywnych ciast dołączyło właśnie brownie z buraka. Możliwym jest, że publikując je tuż przed Wielkanocą strzelam sobie w kolano, bo jednak żadne brownie na świątecznym stole pewnie nie zagości, ale jak już minie świąteczny szał po prostu musicie go spróbować. Robiłam je dwa razy, a to na prawdę rzadko się zdarza. Ten pierwszy nie spełnił moich oczekiwań - zbyt buraczany, zbyt mokry i za mało czekoladowy, ale już drugie podejście uratowało honor. Zdecydowanie polecam!

17.4.19

Gryczany pasztet z pieczarkami

Miałam takie dziwne wrażenie, że mam od groma świątecznych przepisów, że napiekłam tego tyle, że będę dwa miesiące wrzucała na bloga, a jak przyszło co do czego to na palcach jednej ręki można te moje przepisy policzyć. Dziś do zacnego grona serników, mazurka, babki i innych słodkich deserów dołącza coś zupełnie innego - pasztet gryczany z pieczarkami. Wiedziałam, że to połączenie smakowe to istna petarda po tych kotlecikach. Nie wiedziałam tylko jak się do tego pasztetu zabrać, a konkretnie czy taki pasztet potrzebuje jajek, żeby się udał ? To pytanie zaprowadziło mnie do Jadlonomii, więc uznajemy, że to jej przepis był dla mnie inspiracją. Chociaż ja nie jestem tak dobra w przyprawianie. 

14.4.19

Szpinakowa babka bezglutenowa

Jeszcze nie tak dawno święta były odległe jak moje wakacje. Tymczasem święta już w tym tygodniu, w Niemczech Wielki Piątek jest dniem wolnym od pracy, a wakacje już za trzy tygodnie. Gdyby tylko ten kwiecień nie pokazywał swojej prawdziwej natury przeplatania zimy z latem byłoby cudownie. Wczoraj w ciągu 5 minut i odległości kilku kilometrów aura ze śnieżnej i 3 stopni zmieniła się w słoneczną przy 8* to oszaleć można a organizm wariuje, bo nie wie czy ma iść na drzemkę pod ciepły kocyk czy ubrać bluzę i iść na długi spacer po okolicy. Ale, ale radość z nadchodzących wolnych dni jest tak silna, że nic jej nie zepsuje. Tymczasem mam dla Was ostatni mój wcześniej już przygotowany świąteczny wypiek i tym razem jest to bezglutenowa szpinakowa babka. Taka biało zielona, wilgotna, ciężka a przy tym krucha i delikatna. Szpinak jest wyczuwalny, ale to dlatego, że dałam za mało erytrolu (słodką czekoladę uwielbiam, ale jak sama coś piekę to cukru w tym zawsze jest mało), dodajcie więcej a zabije ten szpinakowy smak.

13.4.19

Placuszki z serka wiejskiego bezglutenowe

Ten kwiecień  działa na mnie zdecydowanie gorzej niż zima. Bo w zimę to wiadomo, że jest zimno, ze trzeba się ubrać porządnie i jak się jest takim zmarzluchem jak ja ograniczyć do minimum wychodzenie z domu. A ten cholerny kwiecień się nie może zdecydować czy jest zimą czy wiosną. Jak się tak na niego patrzy z boku czyli mówiąc wprost - przez okno to wydaje się, że jest bosko i ciepło, ale jak już się wyjdzie to w momencie przekroczenia progu bloku zaczyna się żałować, że rzuciło się szal na krzesło, albo, że w samej bluzie, a kurtka wisi na wieszaku. Gorzej z nim niż z babą jak słowo daję. 

11.4.19

Sernik kokosowy z ricottą, jak puszek

Nawìązując do wcześniej historii o tym jak opierdzielilam całą czekoladę a i lodem nie pogardziłam, następnego dnia poszłam na basen, gdzie "za karę" zrobiłam dodatkowe 10 długości. Kolejnego dnia też tam poszłam i też plywało się tak miło, że znów zrobiłam 10 długości więcej niż zakłada mój plan. Ale po basenie poszłam do sklepu. Tym razem moim celem były skarpetki, ostatnim razem kiedy poszłam po jajka wróciłam z czekoladą i wiadomo jak to się skończyło. Tym razem przed półką z czekoladkami spędziłam dobre 10 minut. Biała z orzechami, mleczna z migdałami, znów biała z kokosem, kawowa, pistacjowa  a nawet ta najlepsza czekolada z okienkiem nafaszerowana orzechami laskowymi. Stałam, porównywałam kaloryczność, żeby jak już to wybrać tę najbardziej korzystną. I kiedy już wybrałam, tę jedną jedyną przyszło opamiętanie, wróciłam z jakiegoś wyidealizowanego świata na ziemię. I nagle zrozumiałam, że jak ją kupię to znów pożrę ją w jeden dzień, albo w dwa, przy dobrych wiatrach. 
I teraz jestem dumna i szczęśliwa oraz smutna i zdołowana. Dumna i szczęśliwa to wiadomo - dzisisjesza lekcja z oswajania silnej woli na piątkę z plusem. Smutna i zdołowana dlatego, że to takie przykre, że nie mogę jeść tego co tak uwielbiam, bo ledwo skończę przeżuwać a na wadze już kilogram więcej. Dajcie spokój z taką naturą. 

Jak to mówią na serniczek zawsze się znajdzie miejsce, zwłaszcza przy świątecznym stole. Kokosowy sernik to owszem trochę bomba kaloryczna, ale jest boski! Delikatny jak puszek, smakuje jak z najlepszej kawiarni. Nie polecam jednak polewać go czekoladą tak jak ja zrobiłam, bo sernik jest bardzo delikatny i czekolada jak zastygnie łamie się i całe ciasto ciężko kroić. Ewentualnie oblejcie czekoladą i od razu podzielcie na porcje. Jestem w nim zakochana do tego stopnia, że w święta robię powtórkę. 

9.4.19

Delikatne i mięciutkie pulpety z twarogiem

Muszę czym prędzej wrócić na basen, bo z nudów zaczynam jeść. Wczorajszy dzień to idealny przykład na to jak zepsuć sobie dobrze zaplanowany posiłkowo dzień. Jak zawsze, dopóki nie wyszłam z pracy idealnie, a po przekroczeniu progu mieszkania katastrofa. Kurczę takiego rzutu na jedzenie to w pierwszy dzień okresu nie miałam, co na jego zakończenie. A tak walczyłam w tym sklepie, żeby tylko jajka kupić, bo to one były moim celem, a wyszłam z białą tublerone, którą kawałek po kawałku opierdzielilam całą. Otwarta czekolada to największe zło tego świata. A później jeszcze mąż przyniósł lody, takie mini wersje no to jak mini to można zjeść więcej. A jak już było za słodko to dla równowagi zjadłam 2 kanapki i banana, żeby znów było trochę słodko. Zdecydowanie muszę wrócić na basen, bo inaczej sezon bikini spędzę w zabudowanym kombinezonie. 

7.4.19

Szakszuka z chorizzo

Już wspominałam i pewnie nie raz, że jako fanka słodkich śniadań mam ogromny problem z przygotowaniem wersji na słono dla przyjaciół, a oni niestety (dla mnie) taką właśnie preferują. Więc kiedy raz zrobili śniadanie oni, drugi raz wybłagałam męża, żeby coś zrobił a ja mu pomogę to kolejny raz musiałam zrobić coś sama, żeby nie było, że ja bloga mam a nic zrobić nie umiem. Doszło nawet do tego, że ze znacznym wyprzedzeniem przeglądałam Internety w poszukiwaniu inspiracji i trafiłam na to - szakszuka (mój przyjaciel długo myślał, że to ja nadałam tej potrawie taką nazwę). Za pierwszym razem wyszła kiepsko, bo nie odparowałam wody z pomidorów, więc była zbyt rzadka, poza tym byliśmy po imprezie a takie śniadanie ciężko wchodzi po imprezie. I żółtka za bardzo się ścięły, a nie powinny były. Drugim razem już było lepiej, chociaż z przejęcia nie podsmażyłam wcześniej boczku, ale jakoś to uratowałam. Śmieją się ze mnie, że zawsze mówię, że robię coś pierwszy raz, ale to magiczne zdanie zostawia mi jakiś tam margines błędu, gdyby nie wyszło, bo ja jednak stresuję się gotując dla innych. Mąż to mąż, ale szersza publika to trochę inna bajka. A to jest mój trzeci raz z szakszuką i wszystko było tak jak powinno - najpierw podsmażone chorizzo, woda z pomidorów odparowana i trochę lejące się żółtko. Naprawďę pożywne i pyszne śniadanie, na takie słoneczne niedziele jak ta. 

6.4.19

Mazurek limonkowy bez glutenu i jajek

Ten tydzień  ciągnął się w nieskończoność i zakończył totalnym spadkiem energii. Ogromnym odokresowym bólem brzucha i głowy. Z wiekiem coraz gorzej znoszę ten pierwszy dzień, dla pracujących kobiet powinien być dniem wolnym od pracy. Serio, pod koniec dnia już miałam łzy w oczach a nogi odmawiały mi posłuszeństwa. Na koniec doszedł ból głowy, który chciałam złagodzić rodzynkami w czekoladzie ale nawet one nie dały rady, więc teraz trochę żałuję, że posluchałam serca i uległam tej szaleńczej ochocie. Zapisuję to jako cheat meal, już drugi w tym tygodniu; pierwszym było całe opakowanie choco fresh od Kindera. Co ten okres z nami robi. Dobra, nie ma co rozpamietywać - było, minęło, następna taka akcja za miesiąc. A tymczasem, mam dla Was super orzeźwiającego, limonkowego mazurka. 

4.4.19

Jaglane rafaello

Mąż się na mnie obraził i postanowił mnie ukarać w najgorszy dla mnie sposób  - nie odzywa się. Normalnie krzyczałabym na niego  żeby wydusił z siebie chociaż jedno cholerne słowo, a on śmiał by się w duchu i udawał na zewnątrz, że go to nie rusza. Ale tym razem, na jego nieszczęście trafił na grunt PMSowy. I tak mierzymy się, kto pierwszy się odezwie, kto zerwie ten łańcuch śmieszności i zabaw na miarę dzieci z gimnazjum. Jego nieszczęście polega też na tym, że razem z PMSem planujemy już w myślach rozwód, dzielimy majątek, a PMS przekonuje mnie, że samej byłoby mi lepiej. Że ten cały męski gatunek to jakiś totalny niewypał i w zasadzie to jest mały, maluteńki ułamek życia, w którym są nam potrzebni, a całą resztę jesteśmy w stanie ogarnąć same. No przecież ruch girlpower z powietrza się nie wziął. Daję mu zatem czas do jutra, a później wyciągam karty na stół i żądam połowy majątku.
P.s - nie bierzcie tego tekstu zbyt serio, to co miesięczna walka hormonów z otaczającym światem 🙂 


Top Blogi
TOP