Najnowsze wpisy

30.3.17

Ciasto marchewkowe z kokosowym kremem

Ile wody musi upłynąć w rzece, żeby od zrobienia przepisu pojawił się on na blogu widać dokładnie na przykładzie tego właśnie ciasta. Na instagram dodałam zdjęcie z łupienia orzechów spory kawał czasu temu. Ciasto już dawno zjedzone a tutaj to dopiero świeżynka. Ale to jest też przykład na to, że świat wirtualny nie trwa i nie dzieje się równolegle do czasu rzeczywistego. To, że ja dodam w sobotę o 8 rano zdjęcie śniadania, nie znaczy, że ja je właśnie jem. Co więcej, ja go prawie nigdy nie jem o takiej porze. Żeby dodać zdjęcie o 8, z notką na blogu to musiałabym wstać o 5-6. Przygotować śniadanie, coś napisać, w tym czasie wstałoby słońce i mogłabym zrobić zdjęcia, później je trochę ulepszyć i o 8 byłby wpis. A prawda wygląda tak: dodawane w sobotę śniadanie, jest oczywiście śniadaniem sobotnim, ewentualnie niedzielnym, ale z weekendu poprzedniego. Notkę piszę z reguły wieczorem, kiedy moja rodzinka śpi, jest dopieszczona na cacy i czeka tylko żeby rano nacisnąć przycick "opublikuj". Zdjęcie, które chcę wrzucić na fejsa i instagram przerzucam na telefon, tak żebym rano nie musiala uruchamiać komputera. W sobotni ranek między godziną siódmą a ósmą wychodzę na krótki spacer z psem. Kiedy wracam ze spaceru, wskakuję do łóżka i publikuję swoją wcześniej przygotowaną notkę, dodaję zdjęcia na media społecznośćiowe i... idę spać dalej :) Także wiecie telewizja kłamie a internet zagina czasoprzestrzeń, a czasami też kłamie. Obserwuję wiele instagramowych kont ze słowem "fit" w nazwie. Tam panuje teraz taki trend na pokazywanie swojej prawdziwej sylwetki, czyli nie tej z napinką i ustawką, a to prawdziwe z "wyluzowanymi" mięśniami. Czyli zawsze przychodzi pora na chwilę szczerości. 

Wracając do mojego ciasta. Od razu Wam doradzę zróbcie podwójną porcję kokosowego kremu. Obłęd! to było tak pyszne, że mam w planach wykorzystać go jeszcze do niejednego deseru. W sumie to mieliśmy w Lidlu promocję na mleczko kokosowe, bo po tajskim tygodniu została niemal cała paleta, więc mam spory zapas. 

26.3.17

Placuszki jaglane bez jajek

Wy tutaj na blogu może nie wiecie (chociaż szczerze wątpię, że nie wiecie), że miałam nieprzyjemną sytuację w pracy, którą po krótce, jeszcze w nerwach, na świeżo opisałam na fejsie. Brzmiało to tak: 

"Mam prawie 29 lat, od 10 lat pracuję, ale dopiero teraz trafiłam na najwredniejszą "koleżankę" z pracy. Taką co to nie jest ani pół szczebelka wyżej w hierarchii firmy niż ja a uważa że pozjadała wszystkie rozumy. No nie wiem, może to od tego, że staż ma większy. Ale tym to raczej nie powinna się szczycić, w takiej firmie, przez pośrednika, za biedną stawkę...Ustawia wszystkich po kątach i wydaje polecenia, bo prośbami tego nazwać nie można. I dziś nie wytrzymałam, bo od dwóch dni uwzięła się na mnie powtarzając mi, że jestem leniwa, opóźniam pracę i do niczego się nie nadaję. Oj dobrze że większość ludzi była w tym czasie na przerwie, bo tym razem to ja krzyczałam i to głośno! (...)". 

Po tej naszej kłótni stał się cud. Mój wróg przerodził się w moją wielką koleżankę, która nagle zaczęła mi pomagać, pokazywać co gdzie, na jakim stanowisku robić, jak sobie ułatwić a nie utrudnić pracę. Hmm wygląda więc na to, że ludzi trzeba traktować tak jak oni traktują Ciebie, w przeciwnym razie zawsze będziesz na końcu peletonu. Tylko niestety nie zawsze mamy w sobie taką moc, żeby się postawić, obronić i powiedzieć swoją rację. Tak po prawdzie nie wiem skąd ja znalazłam ją w sobie. Trzeba się naprawdę bardzo mocno postarać żeby mnie doprowadzić do takiej furii. Bo tak, to była furia. Ale już nie ma co rozpamiętywać, najważniejsze, że bitwa zakończona i to ja triumfuję.

Po wygranej bitwie trzeba się posilić. Najlepiej czymś zarówno pysznym jak i sycącym. Placuszki to jeden z lepszych pomysłów. Trzeba je smażyć na naprawdę małym ogniu, bo szybko się rumienią. Nie mają w sobie jajka, a mleko zwierzęce spokojnie można zastąpić roślinnym. Prawdziwa gradka dla wielbicieli wszystkiego co bananowe (czyli dla mnie) i tych, którzy kochają masło orzechowe. 

23.3.17

Naleśniki w syropie pomarańczowym

I w końcu mamy wiosnę. Kolejną. W północnych Niemczech zima pożegnała się w jej stylu tzn wiatrem i deszczem, bo na szczęście na śnieg już nie było jej stać. Za to od 21 marca czyli kalendarzowej wiosny popołudniami mamy przepiękne słońce. Tak piękne, że wracając na rowerze z pracy, moje oczy łzawią okrutnie, nieprzyzwyczajone do tak jasnego światła. Do plecaka obok pompki, zdejmowanych świateł rowerowych, śniadania na wynos i zapięcia do rowera będę musiała wozić jeszcze przeciwsłoneczne okulary. A w przeciwsłonecznych okularach zawsze wygląda się ładnie. Tak więc to nic nie szkodzi, a tylko na urodę działa. A naleśnikom uroku dodaje pomarańczowy syrop. Ma co prawda trochę cukru, ale naleśniki puste w środku, więc słodycz zbalansowana. Mam nadzieję, że zdjęcia oddają ciut wiosennej radości. 
Naleśniki w syropie pomarańczowym

Składniki na naleśniki (4-6 sztuk):

  • 70 g mąki orkiszowej
  • 100 ml mleka
  • 50 ml wody
  • 1 jajko
  • pół łyżeczki brązowego cukru.
  • dowolny tłuszcz do smażenia
Na syrop pomarańczowy:
  • sok z dwóch małych pomarańczy
  • 1 łyżeczka masła
  • 2,5 łyżki brązowego cukru

Przygotowanie:
  1. Wszystkie składniki umieścić w misce i zmiksować lub dokładnie wymieszać. Jeżeli ciasto będzie zbyt gęste dodać więcej wody. Ciasto nakładać chochelką i wylewać na rozgrzaną i lekko natłuszczoną patelnię. Smażyć z obu stron.
  2. Patelnię przetrzeć. Wlać do niej wyciśnięty sok z pomarańczy, dodać masło i cukier; wymieszać. 
  3. Trzymać na ogniu do czasu aż sok się zagęści (od czasu do czasu zamieszać) i powstanie gęsty syrop. 
  4. Naleśniki złożyć w koperty i polać sosem (na zdjęciu naleśniki leżą w sosie na patelni). 

19.3.17

Zdrowe czekoladowe ciasto bananowe

Doczekałam dni kiedy kupuję żelki i nie zjadam ich już w drodze do domu! a nawet kiedy je otworzę nie pożeram całej paczki w pięć minut. Poza tym mam też w domu 2 nie otwarte czekolady, paczkę ciasteczek i rogaliki z czekoladą. I to wszystko leży sobie na komodzie od rana i nic. Hura! hura! Na dodatek jestem przed okresem, więc to ewidentny fenomen co się wyczynia. Oby jednak trwało jak najdłużej. 
Z opisanych powyżej zakupów wynika, że uwielbiam czekoladę. Zapomniałam dodać, że te ciasteczka, które mam też są czekoladowe...no więc jakie inne ciasto mogłam upiec jak nie czekoladowe właśnie? 
Ale spokojnie to ciasto z tych bardziej zdrowszych i fit, na dodatek mało słodkie. W sumie ograniczyłam w nim cukier tak mocno, że później musiałam je smarować dżemem, żeby było słodziej. Więc akurat cukru możecie dać śmiało więcej, niż w przepisie. 



17.3.17

Koktajl na bazie wody kokosowej

Czasami jest tak, że chcę i potrzebuję być częścią internetowego świata. Robić ładne zdjęcia, inspirować się, podziwiać innych. Lubię obserwować, że to co robię się podoba, albo zdjęcie na instagramie zbiera dużo polubień. To jest bardzo twórczy czas, bo ciągle chcę tego więcej. Więcej lajków, więcej interakcji. Zastanawiam się i wymyślam nowe przepisy, żeby trafić w wasze gusta i żeby Wam się przypodobać. Szukam ładnych akcesoriów i zastanawiam się co będzie mniej a co bardziej fotogeniczne. 
Czasami jednak wychodzę z tego świata. Nie wiem co napisać, nie mam pomysłu na zdjęcia. Nie chce mi się nic piec. Dzieję się tak wtedy kiedy moje życie przechodzi reorganizację, albo po prostu kiedy zrobię sobie więcej niż 3 dni wolne od internetu. To jak z uzależnieniem. Pierwsze trzy dni odwyku jeszcze ciągnie do złego, ale po tych trzech dniach to już można bez tego żyć. 
Pozostaje jeszcze kwestia pracy, którą niedawno zmieniłam. Miało być lżej, a jest cieżęj. Wysysa ze mnie dosłownie całą energię. Żyję żeby pracować, a pracuję żeby mieć za co żyć. Chwała Bogu za weekendy, chociaż one też nie zawsze są dwudniowe (sic!). 

Hmm czy ja właśnie napisałam trzeci z rzędu zrzędliwy wypis ? Co się ze mną dzieję...chyba muszę zacząć szukać pozytywnego myślenia w fachowej literaturze :)
Na dobry początek niech zrobi się zielono, na przykład w słoiczku, na przykład w postaci koktajlu takiego jak ten poniżej. 



12.3.17

Bananowe placuszki twarogowe

Czy słyszeliście kiedyś o tym, żeby ktoś w życiu zaryzykował i poniósł klęskę ? Bo ja szczerze mówiąc nie. Wszelkie opowieści i historie o tym, że ktoś zwolnił się z etatu i założył własny biznes kończą się dobrze, zmiana pracy też zawsze jest na lepsze. Podejmowanie ryzyka jest bardzo promowane i okraszone jest poniekąd obietnicą że będzie lepiej, teraz to się odbijesz od dna, teraz świat będzie leżał u Twych stóp i generalnie uwolnisz się od wszystkiego co Cię uwiera. Nie wiem czy to nie działa tylko w moim przypadku ? Ile razy zmieniałam pracę tyle razy miałam z tym problem. Miesiące przesiedziałam w domu po kilka razy dziennie sprawdzając oferty pracy. Nie oszukujmy się, trzeba było mocno szukać i przebierać między umowami na zlecenie a tymi o wyższym statusie ale przy płacy minimalnej. A żyć jakoś trzeba. Byłam mistrzem w oszczędzaniu, zresztą jestem do teraz. Tutaj się z mężem uzupełniamy to znaczy ja oszczędzam a on wydaje, hmmm. 
Kiedy znalazłam już pracę, na drugim końcu Krakowa, dojeżdżałam do niej dwoma tramwajami i autobusem ale lubiłam ją. Typowa praca biurowa, pomijając kilka mankamentów, powiedzmy, że to praca w stylu takiej, którą zawsze chciałam mieć. 
W tym momencie postanowiliśmy jednak wywrócić swoje życie do góry nogami. W wieku prawie 30 lat zacząć je od nowa. Na emigracji na dodatek. Bez znajomości języka na dodatek. I bez znajomości i rodziny na dobitkę. Wydawać by się mogło że życie za granicą to zawsze luksus. Góra pieniędzy i awans społeczny co najmniej o trzy oczka. A tak naprawdę to często wygląda jak w Polsce, tylko, że nie zawsze możesz swobodnie wyrazić swoje myśli, bo ludzie na ulicach nie mówią w Twoim języku. Tutaj też podejmujemy złe decyzje i tutaj też przydają się moje umiejętności oszczędzania. Co najmniej kilka razy byliśmy na ostrym zakręcie i kilka razy wybraliśmy złą drogę. Widać bardziej pasuje do nas powiedzenie "początki zawsze są trudne" niż dający nadzieję slogan "nie ryzykujesz, nie pijesz szampana". Na koniec stwierdzam, że ryzyko nie gwarantuje stuprocentowej satysfakcji mimo, że właśnie to stara nam się wmówić. 

5.3.17

Gofry jaglane

Jedni żyją od weekendu do weekendu, a ja żyję od motywacji do motywacji. Mianowicie moja motywacja ma miesięczny cykl życia. Przez pierwszy tydzień jest euforia, wizualizacja siebie w bikini i nadzieja, że za 5 dni zobaczę na wadze ubytek pięciu kilo. Po ogromnym wyrzucie tej euforii przychodzi tydzień, w którym okazuje się, że waga ani drgnęła albo pokazuje niecały kilogram mniej. Mimo, że odstawiłam zupełnie słodycze i przykładałam się do ćwiczeń, co drugi dzień mocna tabata. Na początku trzeciego tygodnia już zaczyna się odzywać PMS. Najpierw udaje mi się go jakoś zagłuszyć, ale kiedy waga pokazuje znów to samo (nie musicie mi mówić o zatrzymaniu wody w organizmie, przecież o tym wiem) a ja czuję się już prawie najbrzydsza na świecie a na moim czole widnieją co najmniej 3 pryszcze zrozumie mnie tylko...czekolada. Taka z dużymi orzechami, bo gorzka wtedy jest mniej wyrozumiała. Z żelkami w te dni też się dobrze dogaduję a i jakieś słodkie bąbelki wpadną typu cola czy sprite. To wszystko się kończy czwartego tygodnia kiedy toczę ze sobą boje. Czy moja oponka na brzuchu jest już tak duża, że powinnam coś z nią zrobić, a nogi tak galaretowate, że o szortach w to lato mogę zapomnieć ? Kiedy dochodzę do wnioku, że bywało lepiej, a nawet dużo lepiej znów mamy początek miesiąca. I machina znów się napędza. To tak trochę z przymrużeniem oka, a trochę na serio, bo już cholera nie wiem jak się zmotywować długotrwale.

I te dzisiejsze gofry są trochę odzwierciedleniem moich wewnętrznych wojen. Bo z jednej strony gofry - to znaczy kalorycznie, sycąco, zapychająco wręcz. A z drugiej są jaglane, bezglutenowe, prawie bez cukru. I tak to właśnie u mnie jest: ni to dieta, ni to śmieciowe jedzenie.

28.2.17

Jak zrobić mąkę jaglaną

Kiedyś nie przyszłoby mi na myśl, że mąkę można zastąpić czymś innym. Pisząc mąkę mam na myśli mąkę pszenną, bo właściwie tylko takiej używaliśmy w domu. Później zaczęła się dieta, to zaczęłam używać mąki pełnoziarnistej. Jeszcze później w sklepach zaczęły pojawiać się jakieś dziwne mąki typu orkiszowa, już nie wspominając o ryżowej czy gryczanej. I chociaż kusiło,żeby je spróbować to cena była zaporowa. Teraz towar troszkę spowszechniał to i cena stopniała, ale to nadal do najtańszych nie należy. Na całe szczęście można zrobić mąkę w domu. Chociaż trzeba mieć naprawdę dobry blender żeby dał radę twardym ziarnom. Ale myślę, że warto. Robiłam już mąkę owsianą, ryżową,  z ciecierzycy i kokosową (chociaż do kokosowej trochę źle podeszłam i w efekcie zrobiły się w grudki), tym razem przyszedł czas na mąkę jaglaną. Pozbyłam się goryczy, wysuszyłam ziarna w piekarniku i zmieliłam. Wyszła miałka dokładnie jak mąką.

26.2.17

Lekkie placuszki kakaowe

Przez te wszystkie media społecznościowe człowiek się dość rozleniwia. Bo one wszystkie odnoszą się do obrazu. Zerkniesz przez 2 sekundy na zdjęcie i już wiesz co autor chciał przekazać. Nie trzeba pisać żadnych wstępów, nic tłumaczyć. Po prostu zdjęcie zastawionego stołu, wiosennego bukietu, dobrej książki i już. Ale to nie może być takie byle jakie zdjęcie, bez filtra czy ulepszaczy nie daj Boże. Bo takie to zginie, a kompozycja też musi być odpowiednia żeby się wbić w aktualne trendy. No co, lubimy podkolorowane życie, ja też lubię, więc też mam na instagramie filtrowane zdjęcia, a na blogu fotoszopowane. To się po prostu lepiej "sprzedaje", a co najważniejsze lepiej się ogląda. 
I mimo, że na tych zdjęciach czasami dzieje się dużo to ich zrobienie zajmuje zdecydowanie mniej czasu niż dodanie wpisu na bloga. A druga istotna rzecz jest taka, że na tych instagramach to od razu jest reakcja. Ledwo się zdjęcie dodało a tam już 20 serduszek w pierwszych sekundach. A na blogu ? na blogu nikt nie rozdaje serduszek, a na napisanie komentarza to się zwyczajnie już czasu tracić nie chce. Przecież zaserduszkowałam zdjęcia na insta, to znaczy, że mi się podoba, ale nie będę też lajkować na fejsie i komentować na blogu. Koniec końców zawsze wybieramy to co szybsze. Może najlepszą konkluzją byłoby napisanie, że przenoszę bloga na instagram. Ale ta też może będzie dobra: to nie moja wina, mojego słomianego zapału, lenistwa, braku weny, nadmiaru obowiązków, czy za dużego stosu książek do przeczytania, że wpisy na blogu pojawiają się coraz rzadziej. To wszystko wina tego szybkiego życia, wszędobylskiego pójścia na łatwiznę i mediów społecznościowych. Szczególnie mediów społecznościowych, z instagramem na czele. No! od razu mi lepiej kiedy sama się rozgrzeszyłam :) A teraz pora na śniadanie.

Lekkie placuszki kakaowe

Składniki (6 sztuk):

  • 50 g mąki orkiszowej
  • 30 g otrębów owsianych
  • 100 ml mleka
  • 2 łyżeczki brązowego cukru
  • opcjonalnie - 15 g płatków migdałowych
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka kakao
  • masło klarowane / olej do smażenia
Przygotowanie:
  1. W naczyniu wymieszać ze sobą suche składniki.
  2. Jajko wbić do miski, wlać mleko i zmiksować. Dodać suche składniki i zmiksować do powstania jednolitej masy. Odstawić na około 5 minut
  3. Rozgrzać patelnię z masłem lub olejem. Łyżką nakładać masę, smażyć z obu stron. Podawać solo lub z ulubionymi dodatkami.



21.2.17

Mini donaty bez smażenia

Tłusty czwartek wisi w powietrzu. Przyznam, że to jedno z moich ulubionych dni w roku. Na co dzień starałam się omijać pączki szerokim łukiem, nawet nie patrzeć na nie w witrynach cukierni, żeby nie kusić losu. Ale jak już przyszedł ten właśnie czwartek, to minimum cztery wjeżdżały. Przy czym 2 od razu do porannej kawki, na dzień dobry, co by słodko zacząć dzień. Oczywiście pączki z cukrem pudrem to dla mnie nie pączki, więc one były ewentualnie już na dobitkę. Pączek tylko z lukrem, w środku dżem, marmolada, ale nadzieniem różanym też nie pogardziłam. 
W tym roku wszystkie pyszne, lukrowane pączki są co najmniej 600 km ode mnie, po polskiej granicy. Niemieckie pączki nie dorastają im nawet do pięt, nie godne pączkami się nazywać. Są jeszcze polskie sklepy, ale one też nie są mi po drodze, tzn jeden był, ale odkąd remontują most to droga do niego wydłużyła się o jakieś 100 jak nie 150% i odwiedziny go przestały być opłacalne. No więc chyba będzie bez prawdziwego pączka, nooo może od biedy zjem tego niemieckiego. 
Oczywiście mogłabym sobie sama usmażyć pączki, ale ten tłuszcz, który trzeba zużyć do ich smażenia. Wiecie "czego oczy nie widzą..." to dla psychiki lepsze. 
Żeby nie zostać z ręką w nocniku znalazłam alternatywę. Ale wiadomo jak to jest z alternatywami, nigdy nie zastąpią oryginału. Jak sojowy schabowy nigdy nie będzie smakował jak mięsny, prawdziwy schabowy tak pieczone pączki, a właściwie donaty nigdy nie będą smakowały jak poczciwy smażony pączek. Mimo to jak ktoś na diecie to zapraszam na mini wersję. Trzeba im przyznać, że są szybkie do zrobienia, przy tym bardzo łatwe i jak się nie myśli o tym, że to zamiast tłuściutkiego pączusia to też pyszne :) 

Top Blogi
TOP